piątek, 30 października 2015

Miejsca parkingowe dla niepełnosprawnych

Miejsca parkingowe dla niepełnosprawnych były i są dla mnie świętością. Do czerwca 2015 obowiązywały stare karty i stare przepisy, w związku z tym na takowych miejscach parkowali niepełnosprawni nie tylko na wózkach, ale i ci którzy mieli chore serce, przeszli zawał, byli na chemioterapii lub po, mieli słaby wzrok, stomię itd. itd. Częstokroć widziałam, jak z takiego miejsca korzystają rześko kroczący właściciele pojazdów. Osobiście znałam kilkunastu posiadaczy takowej karty, z czego 3 to osoby na wózkach, 1 to osoba z jedną nogą krótszą, a więc kulejąca, a reszta? Nie wiem -  chodzą sami, nie kuleją, w rodzinie brak niepełnosprawnych. Wydawanie kart budziło więc wiele kontrowersji i poczucia niesprawiedliwości. Od czerwca br. to się zmieniło i większość posiadaczy kart utraciło ten przywilej. W rozporządzeniu wyraźnie napisano: kartę parkingową wydaję się wyłącznie osobom ze znacznym ograniczeniem ruchowym, w przypadku dzieci: nie poruszających się samodzielnie w związku ze znacznym ograniczeniem ruchowym.

Karta złota warta


Wraz  z końcem lutego 2015 roku mój syn stał się posiadaczem karty parkingowej dla niepełnosprawnych - a raczej my jako opiekunowie prawni przewożący dziecko o ograniczonej zdolności ruchowej. Otrzymaliśmy ją po batalii - odwołując się od decyzji Powiatowego Zespołu ds. Orzekania o Niepełnosprawności w Rybniku. Orzekający lekarz neurolog dr Słowik uznał, iż ponad 2 letnie dziecko ma prawo nie chodzić i nie widzi w tym nic nadzwyczajnego, więc karta się nie należy. Orzeczenie wydano na 2 lata, a więc potencjalnie przez następne 2 lata mielibyśmy się borykać z noszeniem dziecka z domu do samochodu zaparkowanego w zależności od wolnego miejsca. Borykaliśmy się z tym faktem przez ostatni rok nie mając karty: brak miejsca pod blokiem, brak miejsca pod przychodnią, brak miejsca pod szpitalem, brak miejsca pod sklepem - parkujesz dużo dużo dalej, a dziecko trza nosić. Jednak pani doktor  z Wojewódzkiej Komisji ds. Orzekania o Niepełnosprawności w Katowicach uznała decyzję dr. Słowika za absurdalną i bezzasadną, przyznając nam kartę parkingową.

Gdy wszystkie orzeczenia się uprawomocniły, należało wyrobić kartę i ją odebrać. Tym sposobem byliśmy 5 miesięcy do tyłu z możliwością posiadania takowego przywileju.

Procedura powstawania miejsca parkingowego


Kiedy już kartę dzierżyłam w ręku - powstało nowe pytanie, gdzie parkować pod blokiem? Karta jest, ale nie ma miejsca. Pod naszą klatą znajdowało się 1 miejsce, na którym parkował sąsiad z klatki obok, który ma dorosłą córkę na wózku inwalidzkim. Ustaliliśmy, że będziemy stawać dalej tam gdzie będzie wolne miejsce, a gdy naprawdę nic nie znajdziemy to staniemy obok niego, w taki sposób, aby jego miejsce było nadal jego, a my moglibyśmy spokojnie "wciągać" i "wyciągać" Pawła do i z samochodu.

W tym samym czasie wystosowałam prośbę do Spółdzielni Mieszkaniowej Nowa w Jastrzębiu o wydzielenie miejsca parkingowego pod klatą. Prosiłam również o dzierżawę tego miejsca na wyłączność za odpłatnością, i ulokowanie numeru rejestracyjnego naszego auta. Prośbę umotywowałam tym, iż syn całkowicie się nie porusza, a mieszkańcy naszego bloku jak i okolicznych nie zwracają uwagi czy mają uprawnienia do parkowania czy też nie. Po 2 miesiącach otrzymaliśmy pisemną zgodę na wyznaczenie miejsca, a raczej na przeniesienie znaku spod klatki B pod klatkę naszą, natomiast zgody na dzierżawę i oznakowanie znaku numerami rejestracyjni naszego pojazdu nie otrzymaliśmy. Pan Prezes napisał cytuję: "zgodnie z przepisami o ruchu drogowym znak nie może być oznaczony numerami identyfikacyjnymi pojazdu".

Jednak zanim znak tam się pojawił minął następny miesiąc. A pojawił się po naszej interwencji w administracji. Widocznie decyzja Prezesa znowu musiała się uprawomocniać miesiąc. Znak postawiony, a my nadal nie możemy - a raczej parkujemy tam sporadycznie, gdyż mieszkańcy bloku i bloków okolicznych - zapewne posiadający zaćmę na oczach - dalej parkowali na tym miejscu. Generalnie mieli rację - jak się okazało. Bowiem sam znak pionowy, a więc słup z tablicą P i rysunkiem inwalidy na wózku - bez znaku poziomego, a więc bez wyrysowanej koperty białą farbą na asfalcie - nie czyni tego miejsca miejscem dla niepełnosprawnych - czytaj: jest nieważny! Po 2 tygodniach wystosowałam prośbę do administracji o wymalowanie koperty. Minęły następne 2 tygodnie, a pani kierownik poinformowała nas, że niedługo wymalują. Tak też się stało - w niedługim czasie wymalowali. I z końcem czerwca br. roku miejsce parkingowe zostało oddane do użytku.

Przez 3 miesiące spokojnie zawsze miejsce czekało na nas i mogliśmy parkować. Do niedawna...


Walka o miedzę


Może ponad miesiąc temu "na miejscu sąsiada" lub "naszym" zaczął parkować jakiś samochód. Zdziwiliśmy się, bo w naszym bloku jest tylko dwoje inwalidów, a w bloku obok też tylko dwoje (notabene dzieci na wózkach) i tamci mają koperty pod swoimi klatkami. Postanowiłam odnaleźć właściciela samochodu i zapytać, czy mógłby parkować pod swoją klatką i nie zajmować nam miejsca, gdyż sytuacja wygląda tak a tak. Napomnę, iż w aucie znajdowała się aktualna karta, więc formalnie mógł stawać. Ciężko mi jednak było się z tym pogodzić, gdyż wywalczyłam sobie miejsce dla mnie i syna! Po dokonanym rekonesansie ustaliłam gdzie mieszka, jak się nazywa i że w jego domu nie ma nikogo na wózku, ani kulejących, ani krótkonogich.

2 dni temu kiedy wieczorem wróciłam z Pawciem do domu miejsce było zajęte a ja nie miałam gdzie i jak stanąć. Zaparkowałam w miejscu dla pojazdów uprzywilejowanych i zaniosłam synka do domu. Darek został z Pawkiem, a ja odwiedziłam właściciela - mieszkającego w bloku na przeciwko.

Niejaki pan Krzysztof D., właściciel żorskiego komisu samochodowego, gdy usłyszał moją prośbę wyśmiał mnie prosto w twarz. Od jego żony i jego samego usłyszałam, że mają prawo stawać gdzie chcą, bo mają kartę. Przyznałam im rację, jednak powtórzyłam, że z uwagi na pewne morale, pomocniczość, empatię mogliby iść mi na rękę i nie parkować na miejscu, które spółdzielnia specjalnie na potrzeby naszego dziecka wyznaczyła, ja sama o to zabiegałam, chodziłam, pisałam. Mówiłam, że dziecko ma ponad 3 lata, waży ponad 13 kg plus ubranie i codziennie od 3 lat nosimy go na własnych rękach. Przedstawiłam swoje przesłanki, emocje, próbę wczucia się w moją sytuację. Pan w sposób cyniczny i obcesowy komentował moje wypowiedzi, jakby świat leżał u jego stóp. Podniosłam więc głos, emocjonując się, że nie używa auta dla córki tylko dla siebie, bo codziennie inni to widzą, że jest młody, zdrowy, a jego córka również porusza się samodzielnie i wygląda jak okaz zdrowia, że nie wiedzą co to codzienne tachanie tylu kilogramów w domu, po schodach, po drogach, że nie mogę uwierzyć, że ktoś może być tak lekceważący na krzywdę innych. Obraził się i powiedział, że teraz to on dopiero zrobi mi na złość i jak będzie  chciał, to postawi tam auto na 24 godziny na dobę, które nigdy nie będzie ruszane i wtedy to ja już tam nigdy nie zaparkuję! Wzięłam głęboki oddech i przeprosiłam za uniesiony ton. Poprosiłam jeszcze z 10 razy o rozwagę mojej prośby i okazanie empatii. Nakłaniałam ich również, aby złożyli wniosek do swojej spółdzielni żorskiej o wyznaczenie miejsca pod ich klatką, tak aby ich córka chora na serce, samodzielnie się poruszająca, mogła spokojnie dochodzić do samochodu. Pan twierdził, że takie miejsce jest 2 klatki dalej (nota bene miejsce jest to miejsce powstałe dla chłopca z porażeniem mózgowym na wózku) i że stale tam stoją mieszkańcy bez karty i on nie ma gdzie parkować. Moją odpowiedzią na to było tylko, że tamto miejsce też zostało dla innego dziecka przygotowane, a mieszkańcom, którzy tam parkują nielegalnie należałoby zwrócić uwagę lub wezwać policję, która odnajdzie delikwenta. I wiecie co usłyszałam? Że on sąsiadom nie będzie robił świństwa i na nich donosił na policję, ani nie będzie im zwracał uwagi, bo chce mieć dobre relacje z sąsiadami. Uszom nie wierzyłam!!!! Zdrowe konie na emeryturach górniczych od 20 lat, drapiący się po jajkach, przekładający z nogi na nogę pod blokiem, mają lepsze przywileje niż mój niechodzący syn. Mnie na złość będzie robił, ale sąsiadom łamiącym przepisy i normy społeczne nie.
Na koniec usłyszałam jeszcze od gościa tych państwa, że powinnam być twarda a nie narzekać. Cóż nie tylko uszy mi opadły, ale i ręce.

Swoją drogą: dziecko chore na serce samodzielnie się poruszające otrzymało kartę... nie dociekam jaką drogą.

Nic nie wskórawszy, pożegnałam się i odeszłam, mając w głowie cyniczny uśmiech pana D.

Wracając do wątku z pisma SM Nowa, iż rzekomo przepisy nie zezwalają na umieszczenie numeru rejestracyjnego pod znakiem dla niepełnosprawnych, informuję, iż to nieprawda. Skontaktowałam się telefonicznie z panią naczelnik wydziału ruchu drogowego w Żorach, która poinformowała mnie, iż nie ma w przepisach wzmianki o zakazie. Jest to tylko i wyłącznie dobra wola właściciela gruntu czy spółdzielni mieszkaniowej zajmującej grunt. Takie same info pozyskałam od prawników.

W Żorach znalazłam kilka miejsc parkingowych dla niepełnosprawnych oznaczonych indywidualnymi tablicami. Udałam się nawet do jednego z takich szczęśliwych posiadaczy, ale nie chciał mi zdradzić jak to załatwił.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz